Przyszedł czas na kierunek, którego Polacy unikają jak ognia. Nasi wschodni sąsiedzi – kraje byłego ZSRR – są wystarczająco egzotyczni, by inspirować wymagającego podróżnika. I wystarczająco rozlegli, by latami się tam włóczyć bez nudy. Peregrynuję od Bugu po Pacyfik i od Morza Białego po Azję Środkową już trzecią dekadę i ciągle odkrywam nowe powody, by tam wracać. W poradzieckich podróżach spędziłem kilka lat. Czas na podsumowanie, które – mam nadzieję – zainspiruje innych. Alfabetycznie wyglądałoby to mniej więcej tak…

(3. część artykułu, z literami od „H” do „Ł”, została opublikowana w 93. wydaniu magazynu „ELIT News”).

M – jak mafia

Jakiś czas temu utrwalił się mit, że Rosja i jej pobratymcy to świat niebezpieczny, kontrolowany przez mafię. Że kradną, napadają, biją i co tam jeszcze… Zapewniam, że kontakt z przestępcami w dresach to odległa przeszłość, a o złe doświadczenia jest tam równie łatwo (lub równie trudno) jak w Polsce. Owszem, w czasach Jelcyna, gdy państwo przestało radzić sobie ze swymi podstawowymi obowiązkami, bywało na Wschodzie dziwnie. W czasach Putina mit wszechwładzy mafiozów obumarł. Część zamknięto w obozach pracy, część oswoiła się z przyzwoitymi garniturami, część przeszła do legalnego (tzn. opodatkowanego) biznesu, a ostatni wyemigrowali. Rosyjskiego mafioza (takiego osiłka w skórzanej kurtce, ogolonego na specnaz i koniecznie z klawiaturą złotych zębów) łatwiej dzisiaj spotkać w nowojorskim Brooklynie niż w Moskwie, Soczi czy Irkucku. Oczywiście różne podejrzane twarze dostrzeżecie w nocnym klubie lub na bazarze, ale czy u nas jest inaczej? Więc bez obaw!

M – jak milicja

To nawet zabawne, że alfabetyczny porządek każe zaraz po mafii wspomnieć o milicji. Milicjantów jest tam sporo. Mundurem kłują w oczy, olbrzymimi czapkami prowokują do żartów, a solidną pałką, którą lubią się w trakcie rozmowy bawić, budzą co najmniej respekt. I z żartami radzę nie przesadzać. W USA też nikt z szeryfa sobie nie żartuje! Milicjant jest nie tylko stróżem prawa i porządku, milicjant uważa, że jest pierwszym przedstawicielem państwa! Nie znaczy to jednak, iż należy się go bać. Milicjantowi mówi się „dzień dobry”, do milicjanta należy się uśmiechnąć.
Zapewne najczęściej przyjdzie Wam mierzyć się z surowością umundurowanej drogówki. Jest ich zdecydowanie za dużo. W dodatku są ciekawscy i lubią zatrzymywać pojazdy z obcymi rejestracjami. Często polują dużymi grupami. Zatrzymują bez powodu, a potem, gdy już staniecie, powodu szukają uparcie. Pytania zadają podstępne. Piłeś? Nie… A wczoraj? Też nie? To może przedwczoraj? Nawet gdy pytają o spożycie na weselu sprzed lat, nie radzę się przyznawać. Zresztą taka indagacja to dopiero początek. Lubią pomarudzić, że macie niewłaściwe papiery człowieka i samochodu. Lubią pogrzebać w bagażniku. Potrafią poprosić o opróżnienie kieszeni. I oczywiście twierdzą, że jesteście winni kilku co najmniej wykroczeń. Należy to traktować pobłażliwie, a gawędzić z nimi przyjaźnie, nawet dowcipnie. Kpić nie radzę. Nie należy też okazywać zniecierpliwienia, to źle wpływa na mundurowych. W końcu się znudzą i gdy zobaczą, że wcale nie kwapicie się do podzielenia zapasami gotówki, puszczą Was wolno i jeszcze pożyczą „szczastliwoj puti”.
Dobrym wstępem do każdej rozmowy z milicjantem – nawet gdy przyłapał Was na poważnym wykroczeniu – jest przywitanie się uściskiem ręki. Radzę z doświadczenia! Połowa pary z nich uchodzi. Zaczynają traktować Was jak swojego. Oczywiście znajomość języka rosyjskiego jest przydatna. Inna szkoła każe udawać, że się w ogóle nic nie rozumie. Może milicjanta to znuży. Jest też możliwość (jeżeli stać Was na odrobinę blefu) twierdzenia, że w Polsce pracujecie w policji. Stosowałem – działa. Trzeba wtedy pogawędzić o ciężkiej służbie i marnych zarobkach. Ale pamiętajcie: niewinni nie muszą kłamać!

M – jak Murmańsk

Daleko. Zimno. Wieje. Port sławny głównie jako baza wojenna. I po to właśnie w czasie I wojny światowej Murmańsk założono. Przydał się też w trakcie II wojny. Przewodniki turystyczne jako atrakcje wymieniają w pierwszej kolejności Prospekt Lenina i pomnik Lenina. To nadużycie. Mają tam też inne pomniki i muzeum marynistyczne. Poza tym Murmańsk ma niewiele do zaoferowania. Smutny relikt dawnej morskiej potęgi. Okolica potwornie zdewastowana i zniszczona ekologicznie. Mimo to odwiedzenie Murmańska (podobnie jak Archangielska lub Władywostoku) brzmi na tyle egzotycznie, iż turystów dociera tam sporo. Zwykle w drodze na norweski Nordkapp. Byłem tam w styczniu, a za kręgiem polarnym jest wtedy dość chłodno, ciemno i surowo, więc może nie doceniłem jakichś nieznanych mi szczęśliwości Murmańska. Jednak na wizytę latem chyba nikt mnie nie namówi. No… chyba że drogą morską. To mogłaby być przygoda…
Żarty na bok. Chcecie zobaczyć tundrę? Zorzę polarną? Otrzeć się o Wyspy Sołowieckie? Poszukać śladów Kanału Białomorskiego? Murmańsk to właściwa destynacja!

N – jak nafta

Najprzyjemniejszym aspektem podróży na Wschód jest cena benzyny! Zwykle jest to połowa polskiej ceny. Kilometry można więc połykać łapczywie i radośnie. Ponieważ obszar byłego Związku Radzieckiego jest gigantyczny, funkcjonowanie jego obywateli polega na pokonywaniu wielkich odległości. Jeżeli masz odwiedzić kolegę z wojska, który mieszka sześć tysięcy wiorst dalej, podróżowanie musi być tanie. Oczywiście podstawowym warunkiem jest posiadanie odpowiednich zasobów ropy naftowej. Rosja i Kazachstan mają jej wystarczająco, a eksport tak potężny, że w zasadzie dla swoich obywateli mogliby pozwolić na darmowe tankowanie i państwo by to wytrzymało. Wschód jest imperium naftowym, a państwowa kapitalizacja zasobów podstawą bytu i ewentualnego dobrobytu jego obywateli.
W dodatku od co najmniej dekady paliwo jest na ogół przyzwoitej jakości, a stacji benzynowych pod dostatkiem, co jeszcze niedawno było problemem. Stacje benzynowe nie odbiegają standardem od zachodu Europy i hot dogi są tam równie zjadliwe.
Bum naftowy (i gazowy) u naszego wschodniego sąsiada jest też ciekawym polem do obserwacji zjawisk społeczno-gospodarczych. Rosja i jej sąsiedzi mają dziesiątki, a może nawet setki miast, które cierpią swą nędzę. Decyzje Kremla i centralnie planowana (niszczona) gospodarka skazywała zwykle konkretne miasto na jeden wiodący zakład produkcyjny. Budowano jakiś fabryczny gigant, a wokół dla jego pracowników i ich rodzin miasto. Jeżeli to była fabryka branży dziś nikomu niepotrzebnej, miasto w krótkim czasie pochyliło się jak starzec, a ludzie z niego uciekają w poszukiwaniu lepszego życia. Pozostają przygnębiające blokowiska, w których uśmiechają się tylko dzieci. Państwowy kapitalizm jest jak lewiatan – pożera wszystko, co słabsze. Jednak gdy traficie do miasta, które egzystuje wokół wydobycia i przerabiania ropy, wówczas zdziwicie się jak wtedy, gdy Polak został papieżem. W miastach takich jest zamożnie, bezpiecznie, sklepy zachęcają do kupna tego samego, co w Paryżu, a rowerów spod bloku nikt nie kradnie. Zamożniejsza populacja przestaje też złorzeczyć, pluć gdzie popadnie, wyrzucać przez okna niedopałki. Sprzątają psie odchody, nie deptają trawników, nie biją żon i nie czują kompleksów, gdy spotkają turystę z rzekomo lepszego świata.

N – jak Nida

Tak jak u nas Mierzeja Wiślana oddziela Bałtyk od Wiślanego Zalewu, tak 200 kilometrów na północ Półwysep Kuroński chroni Kuroński Zalew. Półwysep, kiedyś pruski, doceniano za jego walory przyrodnicze od dawna, już w XIX wieku zamieniano go w park krajobrazowy. Utrwalano, sadząc rozmaitą roślinność, wędrujące wydmy, wzbogacano drzewostan. Po II wojnie półwysep podzielono między Litwę i Okręg Kaliningradzki. Część litewska jest dzisiaj przepięknym parkiem i rezerwatem ciągnącym się przez 50 kilometrów. O części rosyjskiej niestety tego powiedzieć nie można, gdyż jest zdewastowana i zaniedbana.
Do dyspozycji turystów na mierzei są wspaniałe trasy rowerowe i piesze. Po obu stronach półwyspu jest też raj dla windsurferów i wielbicieli różnych spadochronowych napędów żeglarskich. Czystość wody zalewu potwierdza status pomnika przyrody UNESCO. Wydmy są ogólnodostępne i można sobie bez trudu wyszukać samotną enklawę plażową, co zresztą bywa zwodnicze… Kiedyś w pochmurny dzień zasnąłem w piaskowym leju. Gdy wyszło słońce, obudziłem się w centrum plaży nudystów, a była to część obszaru zarezerwowana tylko dla kobiet. Zmykałem śledzony bardzo podejrzliwym wzrokiem oburzonych pań w wieku różnym…
W połowie półwyspu leży urocze miasteczko uzdrowiskowe Nida – prawdopodobnie jedyne miasteczko w ZSRR, w którym nie było miejskiego komitetu partii komunistycznej. Może był niepotrzebny, skoro towarzysze lubili tu odpoczywać. Jedyne to też uzdrowisko, w którym nie zbudowano wielkich domów wypoczynkowych. Nida zachowała charakter rybackiego portu, którym przecież kiedyś była dla miejscowych Kurów, a pensjonaty są w rybackich chatach i nowszych domach. Nidą i okolicą zachwycił się między innymi Tomasz Mann. Na mierzeję trafił przypadkiem, gdy przez Kłajpedę wracał do Niemiec po odebraniu literackiej Nagrody Nobla. Tak mu się tu spodobało, że zbudował na wysokiej skarpie dom. Długo się nim nie cieszył, raptem trzy lata później z Niemiec wyemigrował, ale dzięki temu mamy na przedmieściu Nidy sympatyczne muzeum pisarza.
Jest tylko jedna przeszkoda w planowaniu wypadu na Półwysep Kuroński… Z Elbląga przez Kaliningrad to tylko 200 kilometrów, ale jadąc terytorium UE i omijając rosyjską enklawę mamy do pokonania z tego samego Elbląga kilometrów 700.

N – jak Nikiel

Niewielkie miasteczko, a obok drugie Zapolarnyj. Jak łatwo się domyślić, mają tam kopalnie niklu oraz hutę, która ten nikiel przerabia. No i jest to za kręgiem polarnym. Trafiłem tam przypadkowo, ale oba miasteczka urzekły mnie swą wyjątkowością. Kopalnia, huta, mieszkalne bloki i skupiska garaży (w Rosji możesz nie mieć samochodu, ale garaż to potwierdzenie statusu zamożności). Po upadku komunistycznych mrzonek cyrk i Ałła Pugaczowa przestali tu przyjeżdżać. Państwowe mieszkania stały się wprawdzie własnością lokatorów, ale wartość ich jest raczej symboliczna, bo oba miasta mają mieszkańców najwyżej 50% wobec dawnych założeń. Skoro mieszkanie jest warte mniej niż samochód, a samochód mniej niż garaż, trudno rozwijać inicjatywy obywatelskie i mnożyć aktywność ekonomiczną. Brak kapitału pozbawia złudzeń nawet nielicznych optymistów. Sklepy więc i punkty usługowe skupiają się w parterowych mieszkaniach blokowych, a mniejsze w… piwnicach! Oba miasteczka wyglądają jak muzeum osobliwości. Do monopolowego idzie się w szlafroku, a po robaki wędkarz schodzi do sklepiku wędkarskiego w piwnicy. Salon sukien ślubnych jest w parterowej kawalerce, a fryzjer w dwóch połączonych piwnicach. Nawet restauracja (a mają w miasteczku również sushi) mieści się w połączonych dwóch M-3. W łazience jest jeszcze wanna!
W restauracji takiej doświadczyłem najoryginalniejszego w życiu komplementu. Stolików było pięć, pora dopołudniowa, kelnerko-kucharka oglądała program kulinarny w telewizorze. W lustrze (ściany pokryto lustrami, żeby powiększyć optycznie wnętrze) widziałem, że wagabunda (czyli ja) od kilku dni się nie golił, a odzież pasuje bardziej do ogniska niż do restauracyjnego stolika. Za oknem wiało śniegiem. Kolega, z którym podróżowałem na północ, nie znał rosyjskiego, więc z karty wybrał okraszkę. Dostał chłodnik ogórkowy, na widok którego uciekł do łazienki. Ja skubałem wędzonego ozorka i jakąś awanturkę w majonezie. Zajęty był jeszcze jeden stolik, przy którym dwaj mężczyźni jedli śledzie i pili wódkę. Takie drugie śniadanie. Jeden był brzydki i podpity, a drugi gruby, brzydki i podpity. I ten grubszy nagle do mnie z kieliszkiem podchodzi i mówi, że mam piękną twarz. W lustrze widziałem nieogoloną i siwą sromotę, ale gość wytłumaczył mi, że nie chodzi o urodę, ale o człowieczeństwo, czyli że ja mam twarz, a inni tutaj mają tylko mordy. No i może dlatego ten Nikiel zapamiętałem…

N – jak Nikita

Nie mam na myśli towarzysza Chruszczowa. Nie chodzi mi też o bohaterkę filmów i piosenek. Żeby swobodnie peregrynować po państwach carów i pierwszych sekretarzy i mieć z tego satysfakcję, warto poznać twórczość reżyserską i osiągnięcia aktorskie innego Nikity – Michałkowa. Kiedyś był przyjacielem Polaków, choćby Olbrychskiego i Zanussiego. Później okazał się jednak wielkorusem i Olbrychski się na niego obraził, a przyjaźń wypowiedział. Nikita Michałkow jest moim zdaniem mistrzem ilustrowania rosyjskości. Jego filmy – i te, które reżyserował, i te, w których tylko wystąpił – są po prostu instrukcją obsługi Rosji i Rosjan. Nawet jeżeli naszych sąsiadów po kilku seansach nie polubicie, to przynajmniej zrozumiecie. Nauczycie się też, jak tę Rosję jeść, czego tam unikać, czemu się nie dziwić, co podziwiać, czym się cieszyć. Zamiast więc czytać bedekery, przed podróżą przypomnijcie sobie „Syberiadę”, „Cyrulika syberyjskiego”, „Udar słoneczny” i co najmniej pierwszą część trylogii „Spaleni słońcem”.

O – jak Obłomow

Na Wschodzie żyje się niespiesznie, i tak należy tamtędy podróżować. Nie żeby się rosyjskością delektować; raczej żeby Rosjan zrozumieć. Ich naturę nazywam „obłomwszczyzną”. To termin używany przez bohaterów powieści „Obłomow” (Iwan Gonczarow, 1859). Ilja Iljicz Obłomow to szlachcic pozbawiony woli czynienia czegokolwiek: apatyczny, znudzony, niewierzący w poprawę losu, czasami zadowolony z byle czego, czasami załamany brakiem perspektyw. Powieść kpiła z lenistwa dobrze urodzonych, ale pasuje idealnie jako charakterystyka wielu współczesnych obywateli byłego imperium (choć z pewnością dobrze urodzeni nie są). Słowem – jest jak jest, a lepiej przecież nie będzie. Leopold Tyrmand, inspirowany Obłomowem, napisał nawet w swym „Dzienniku 1954” piękne zdanie: „…po co wstawać? Wszystko można załatwić z samym sobą, leżąc na wznak, z rękami pod głową, i odmawiając dalszego udziału”. Nawiasem mówiąc, Ilji Iljiczowi poświęcił też film Nikita Michałkow – poszukajcie „Kilku dni z życia Obłomowa”.
I tak właśnie rozumiana beznadzieja jest najlepszą ilustracją postaw ludzi, których tam poznacie.
Hm… często miałem jednak wrażenie, że „obłomwszczyzna” nie dotyczy kobiet! Są nie tylko piękne, ale przede wszystkim bezpośrednie, energiczne, pomysłowe i sprawcze. I może dlatego lubię podróżować na Wschód? A może po prostu sam mam w sobie coś z Obłomowa…

P – jak Pamir

To najwyższe i zarazem najpiękniejsze (moim skromnym zdaniem) góry byłego ZSRR. Żeby się z Pamirem zaprzyjaźnić, pojechać trzeba do Tadżykistanu. W większości to obszary niemal bezludne, tym bardziej jednak podróż przez Pamir będzie oryginalna, niepowtarzalna. Bajkowe widoki, których nie powstydziłby się Salvador Dali. Wszystkie odcienie brązu i pomarańczy w formacjach skalnych Górskiego Badachszanu, zwieńczone śniegiem i lodowcami przez okrągły rok. Nieprawdopodobna gra kolorów pod błękitnym niebem rzuca na kolana nawet sceptyków. Kultowa szosa Pamir Highway (z Chorogu do Osz) wiedzie m.in. przez Murgob, jedno z najbiedniejszych i najbrzydszych miasteczek Azji Środkowej. Tu krzyżują się drogi z Kirgizji, Chin i Badachszanu. Miejsce newralgiczne już przed wiekami. Fort wojskowy w czasach carskich. Śladów dawnych karawan – żadnych. Wstrętna architektura kołchozowa Murgobu skupia się wzdłuż głównej ulicy. Najwyższy budynek ma dwie kondygnacje, ale wygląda jakby za chwilę miał runąć. Wszystkie pokryte są zniszczonym eternitem. Pomnikowy Lenin w wersji prowincjonalnej ma wzniesioną triumfalnie prawicę i pomalowany jest na biało. Prywatne domy i otoczone murem posesje rozrzucone bałaganiarsko po okolicznych wzgórzach. Bazar, który zaspokaja wszystkie potrzeby towarowe mieszkańców, jest brudnym skupiskiem blaszanych szop. Wybór towaru rozpaczliwie skromny. Dwie tanie jadłodajnie, w których nieliczni klienci płci męskiej otumaniają się wódką, podsumowują żałosny obraz. Tak się żyje na końcu (właściwie w samym centrum) pamirskiego świata… Cóż z tego, że wokół tyle zachwycającej przyrody, skoro człowiek nie potrafi się do niej proporcjonalnie odnieść i tworzy tylko odstręczającą brzydotę? Ale tuż obok kolejne malownicze pustkowia. Wokół nas i pod nami śpi cała tablica Mendelejewa, dlatego skały mają tak fenomenalne kolory. Ziemia aż poci się związkami chemicznymi, a pod ośnieżonymi szczytami przepiękne jezioro Kara-kul, które powstało w kraterze wyrąbanym przez uderzenie meteorytu. Woda w nim słona, ale jako lustro do odbicia najwyższych partii Pamiru sprawdza się fantastycznie. Dzięki temu, że nie docierają tutaj światowe biura podróży, podróż będzie prawdziwą przygodą.
Ekspansja carów, a potem pierwszych sekretarzy zatrzymała się właśnie na Pamirze. Gdyby nie groza tych wspaniałych gór, historia mogła potoczyć się inaczej i nie byłoby kilku wieków Indii Brytyjskich, ale wspominalibyśmy Indie Rosyjskie. Rosja i ZSRR próbowały pokonać Pamir, Hindukusz, Karakorum, ale połamały sobie przy tym zęby.

P – jak Piter

Sankt Petersburg, a jeszcze przed chwilą Leningrad. Sława dawnej stolicy carów, bliskość morza, czerwcowe białe noce zachęcają do turystyki skuteczniej niż w innych regionach Rosji. Piter jest wart kilku dni i kilku nocy. Turystów tłum, sporo zagranicznych. Śródmieście czyste i oszałamiająco dostatnie. W sklepach Prady, Diora i Versace tłok. Za to na Newie i kanałach ruch statków i motorówek niespieszny. Atmosfera beztroski i kosmopolitycznego luzu. Uliczne stoiska z pamiątkami oblegane. Gdyby Putin miał kopiejkę z każdej durnoty, na której widnieje jego twarz, byłby bogatszy od Billa Gatesa. W Pitrze nikt się nie spieszy, ulicami chodzi się wolniej niż w Moskwie, nawet policjanci machają swymi „pałeczkami” leniwiej, w metrze nikt ci nie robi łokciami siniaków. Kobiety mają tu na sobie mniej makijażu, obcasy też mają niższe niż w Moskwie, a często nie mają ich wcale. Mimo to nadal są przepiękne i mniej pretensjonalne od moskwiczanek. Jak ich miasto. Wielbiciele Krakowa poczują się w Petersburgu dobrze. Czcicielom Warszawy raczej Moskwę polecić należy. Zagraniczni turyści doceniają uroki Petersburga, więc w mieście tłum, szczególnie Chińczyków. Do Ermitażu wielogodzinne kolejki. Leningrad po tragedii II wojny światowej odbudowywano według gustu Stalina, Chruszczowa, Breżniewa. Architektura dawniejsza jednak ocalała – brzydko malowana, tynkowana, betonowana, asfaltowana, ale to ciągle Wenecja Północy. Potem przyszły pierestrojki, putinowki i siermiężny kapitalizm – bezwzględny dla biedaków, szczodry dla cwaniaków. Więc już nie Leningrad, tylko Sankt Petersburg rozbuchał się oszałamiająco. Nawet sami Rosjanie, którzy do Pitra lubią jeździć nie mniej niż na Krym, zaskoczeni są rozmachem zmian. No i najważniejsze – w Pitrze jest praca. Ciągną więc z najdalszych zakątków nie tylko samej Rosji, lecz także z azjatyckich byłych republik ZSRR. Dziesiątki tysięcy urządzają się w Pitrze nielegalnie. Jak… Meksykanie w USA.

P – jak Podole

Zasługa to głównie Henryka Sienkiewicza, że w Podolu kochają się Polacy. I chętnie tam obecnie zaglądają. A warto! Smotrycz i środkowy Dniestr są bardzo malownicze, a miejscowości związanych z polską historią bez liku. Nie zrozumie nikt naszej historii, kto nie odwiedzi twierdzy Chocimskiej nad Dniestrem i Kamienieckiej nad Smotryczem. To nie tylko miejsca barwnych potyczek z Turkami i Tatarami; to szczęśliwie zachowany dowód potęgi Rzeczpospolitej. Zamek obronny w Chocimiu leży przy niewielkiej wsi o tej nazwie i nawet jest dość prymitywnie odrestaurowany. Kamieniec Podolski był natomiast znacznym miastem i choć jego lepsze czasy dawno minęły, ostatnimi laty stał się modną miejscówką nie tylko polskich turystów.
Kamieniec założono na wysokiej skalistej „wyspie”. Miał charakter wybitnie obronny i na jego murach łamali sobie zęby wszyscy śmiałkowie. Poddał się tylko raz, Turkom w 1772 roku. W XIX wieku podupadł i kilkakrotnie pustoszyły go pożary. W XX wieku wyglądał już na tyle marnie, że komunistyczni włodarze postanowili go nie przebudowywać na obrzydliwą blokową modłę, ale po drugiej stronie Smotrycza zbudować nowe centrum stutysięcznego dziś miasta. Dzięki temu renesansowa i barokowa zabudowa w sporej części przetrwała. I dzisiaj na wyścigi jest odnawiana! Kamieniec Podolski – jego zabytkowa część – stał się bowiem najmodniejszym kurortem na Podolu. W ciągu dwóch dekad rozwinęły się usługi hotelowe, jest gdzie zjeść, gdzie pospacerować, gdzie potańczyć, jest też gdzie marnotrawić czas na dumaniu o dawnych, lepszych czasach. Przed odzyskaną przez katolików katedrą nadal dumnie stoi minaret (pamiątka po 27-letnim panowaniu tu Turków), ozdobiony na szczycie figurą Matki Boskiej. Ocalał łuk triumfalny wzniesiony dla ostatniego polskiego króla. Jest też w katedrze kaplica nagrobna Jerzego Wołodyjowskiego. Wprawdzie w rzeczywistości nie wysadził z Ketlingiem twierdzy, a i sam zginął przypadkowo… Wprawdzie pochowano go w podziemiach innego kościoła… Wprawdzie Sienkiewicz ujął mu wzrostu, a dodał imię Michał… Przecież i tak damy się za Małego Rycerza pokroić!

P – jak Polacy

Zawiłości historii i kilkaset lat sąsiedztwa zachęcały do migracji, więc na Wschodzie często spotkacie tamziemców, którzy pochwalą się polskimi korzeniami, nawet gdy rysy twarzy na to nie wskazują! Nie bądźcie też zdziwieni, że sporo z nich wcale nie ma korzeni wśród zesłańców. Wielu Polaków pod panowaniem carów szukało lepszego życia lub wręcz kariery biznesowej i naukowej. Dopiero potem było z tym trudniej. Spotkacie też wielu polonusów, którzy na wybór ojczyzny nie mieli żadnego wpływu. I są to często spotkania na podróżniczym szlaku bardzo wzruszające.
Z kolei obywatele byłego imperium często patrzyli i patrzą na Polskę w taki sam sposób, jak Polacy na Francję – zachód, a więc… kultura. Ikony polskiej popkultury są tam mocno upowszechnione. Doskonale znają polską literaturę z wszystkimi (wszystkimi!) noblistami na czele. Ale pamiętają też choćby Klossa-Mikulskiego i Kosa-Gajosa, kochają Annę German i Marylę Rodowicz. Uwielbiają komedie Juliusza Machulskiego. Mężczyźni podkochiwali się w Poli Raksie i Barbarze Brylskiej. Kobiety mdleją na dźwięk nazwiska Daniela Olbrychskiego, Pawła Deląga, Michała Żebrowskiego. Wielbiciele piłki kopanej dadzą się pokroić nie tylko za Roberta Lewandowskiego. Polskie produkty kulinarne i przemysłowe mają tam dobrą renomę… czego nie można niestety powiedzieć o polskich politykach.

P – jak Pribałtika

Ten rusycyzm zakorzenił się i u nas. Traktujemy często Litwę, Łotwę i Estonię jako coś wspólnego, niczym… Benelux. Rosjanie traktują Pribałtykę protekcjonalnie i nie zawsze chcą zrozumieć, dlaczego po rewolucji bolszewickiej, a po raz drugi po upadku ZSRR Wilno, Ryga i Tallin chciały samodzielnego bytu politycznego i narodowego. Krótki rzut okiem na mapę pokazuje, iż państwa bałtyckie są świetnym pomysłem na interesującą podróż wakacyjną. Nadmorskie plaże nie tak zatłoczone, jak u nas. Oferta zabytkowa świetna, przecież to obszar Hanzy. Lasy i jeziora kapitalne. Oferta infrastruktury turystycznej co najmniej zbliżona do polskiej. Brak ograniczeń formalnych, w końcu to obszar UE. Jeżeli ktoś lubi wędkarstwo (12 miesięcy w roku!), kajaki, wycieczki rowerowe, biwakowanie na plażach, jeżeli zna kilkadziesiąt słów po rosyjsku i angielsku, spędzi tam kilka fantastycznych tygodni. Oferta rozrywek wielkomiejskich też jest porównywalna z tym, do czego przywykliśmy nad Wisłą. „Pribałtika” nie ma się czego wstydzić. Wystarczy uwolnić się od reminiscencji sienkiewiczowskich.

Piąta część artykułu zostanie opublikowana w jednym z kolejnych wydań magazynu „ELIT News”.

Tekst i zdjęcia:
Przemysław Osuchowski