Małe podróże mnie nużą, wolę te większe. A że Chiny to kraj (świat właściwie) olbrzymi, poznawałem je na raty. W ciągu ostatniej dekady włóczyłem się po Chinach pięciokrotnie. Były to podróże wielotygodniowe. Żeby zachować niezależność, penetrowałem Chiny własnym samochodem, takim wszystko mającym. Można się nim przemieszczać, można wjechać w obszary pozbawione dróg. Można w nim spać i przygotowywać posiłki.

 

Często obywatele Chińskiej Republiki Ludowej patrzyli na mnie jak na kosmitę. Ale przynajmniej nie musiałem uczyć się Chin pod dyktando biur podróży. Mogłem to robić na własnych zasadach. Nie żałuję. Mało tego, będę tam wracał. Państwo Środka poznałem od środka i od jego krańców. Od Himalajów po pustynię Gobi, od Tienszanu po Morze Żółte. Jest więc o czym opowiadać… Od czego zacząć? Czym skończyć? Jak te obserwacje i emocje podsumować? Alfabetycznie wyglądało to mniej więcej tak…
(1. część artykułu, z literami od „A” do „E”, opublikowana została w 75. wydaniu magazynu „ELIT News”)

F – jak feng shui

Chińska kultura – i ta tradycyjna i całkiem współczesna – pełna jest pojęć filozoficznych niemal tak dla Europejczyka nieczytelnych, jak „krzaczkowe” pismo. Czym jest feng shui? Słowa te oznaczają wiatr i wodę. Wiatr, którego nie widać, i wodę, której dłonią złapać nie sposób. A chodzi o zasady równowagi, którymi należy się kierować przy planowaniu przestrzeni. Feng shui decyduje (przynajmniej… powinno decydować) o urbanistyce miasta, o rozkładzie mieszkania, o umeblowaniu pokoju, o sposobie rozłożenia przedmiotów na biurku. Żeby się do feng shui zbliżyć, należy wpierw zrozumieć zasady przeciwieństw żywiołów yin i yang. Czyli strony biernej i czynnej, żeńskiej i męskiej. Niezbędny jest też porządek bagua, który porządkuje wszystkie dziedziny naszej aktywności. Dziedzin tych jest osiem… No i jeszcze fundamentalne dla feng shui jest wypracowanie odpowiednich proporcji pięciu żywiołów… Tak, wiem, też się już zgubiłem…
Może prościej. Czy wiecie, czym jest w kulturze chińskiej „utrata twarzy”? Chińczyk może o tym mówić godzinami, ale to nie znaczy, że sprawa jest oczywista. Chodzi mniej więcej o to, że jak ktoś nie ma racji i musi się ze swych opinii lub decyzji wycofać, to traci też na honorze. Zrozumienie tego niejasnego dla Europejczyka terminu lub stanu ducha najłatwiej przedstawić na konkretnym przykładzie.
Rozbiliśmy kiedyś obozowisko sześciu samochodów terenowych nad rzeką. Nasz licencjonowany przewodnik miał wszystkie niezbędne pozwolenia, aby nasza podróż miała legalny i formalny charakter. Kempingów (choć „kemping” brzmi bardzo chińsko…) jednak w Chinach nie mają. Rozbijamy się więc na dziko. Czy w Chinach wszyscy na wszystkich donoszą – tego nie wiem. Czy śledzą – nie mam pojęcia. Ale gdziekolwiek na odludziu samochód parkujemy, namiot rozkładamy lub ognisko rozpalamy, po godzinie pojawia się policjant. Przyjechał więc ów mundurowy i kazał przewodnikowi udać się do powiatowego miasta z naszymi paszportami, aby nas zameldować.
Przewodnika nie było kilka godzin. Przyjechał po północy w kawalkadzie kilku pojazdów i w towarzystwie kilkunastu policjantów. Komendant powiatowy też był. Wcześniej w miasteczku wydano decyzję jasną: mamy się spakować i udać na wyznaczony przez policję plac. Oczywiście, w trosce o nasze bezpieczeństwo. Kłopot w tym, że wtedy nasz przewodnik „straci twarz” przed nami. No i wie, że Polacy są „trudni”, mogą odmówić. Komendant się tym nie przejął. Zagroził karabinową eskortą, kajdankowym przymusem itd. No bo on też nie może „stracić twarzy”.
Nie przejął się nawet tym, że przyjęliśmy już wieczorną dawkę napojów ułatwiających sen i nocne marzenia. Sytuacja patowa. Padło z milion mandaryńskich słów i sporo polskich przekleństw. I podjęto decyzję następującą: my się zgadzamy na przeprowadzkę, a wtedy komendant może stwierdzić, że na wyznaczonym placu nasze auta się nie zmieszczą i musimy zostać, gdzie jesteśmy. Ale z kolei my musimy napisać oświadczenie, że zostajemy nad rzeką na własną odpowiedzialność i jak komary nas pogryzą, to nie mamy do komendanta i rządu w Pekinie pretensji. Pisanie osobliwego protokołu wyglądało tajemniczo. Gdy zacząłem ręczne „krzaczkowe pismo” fotografować, komendant wpadł w popłoch i ostatecznie nic podpisywać nie musiałem. Chociaż protokół ukończono, bo nikt tej twarzy stracić nie mógł.

Pozostaliśmy więc wszyscy w posiadaniu twarzy. Przyjechaliśmy, zgodziliśmy się odjechać, ale nie odjechaliśmy. Nasz przewodnik przywiózł nas tu, miał odwieźć w cholerę, ale nie odwiózł. Komendant kazał nam się wynosić, ale nas nie wyniósł. Trochę jak z Barejowską ekstradycją: jak porwą nam furę z koniem, to muszą oddać samolot…

 

G – jak gospodarczy cud

Wystarczyło mi obserwować Chiny na przestrzeni zaledwie 10 ostatnich lat, by zobaczyć przemiany, na jakie inne kraje potrzebują stulecia. Chiny w ciągu jednego pokolenia przeniosły się z gospodarki średniowiecznej do XXI wieku. Od 30 lat mają dynamikę ekonomiczną wyrażaną najprościej 5-10-procentowym wzrostem rocznego PKB. Wynika to z kilku czynników. Po pierwsze, startowali do tego wyścigu z bardzo niskiego pułapu. Po drugie, większość kapitału skoncentrowana jest w garści państwa. Po trzecie, decyzje ekonomiczne podejmuje egzekutywa polityczna. Wreszcie po czwarte, zysku (czy to ogólnokrajowego, czy też w pojedynczym gospodarstwie domowym) się tam nie przejada, ale reinwestuje. Kumuluje. Tempo więc gospodarczego boomu Kraju Środka jest oszałamiające. Czasem absurdalne.
Pekin stawia na wewnętrzną migrację z przeludnionego wschodu Chin na zachód. Migrację biznesu i ludzi. Kolejność jest następująca: wpierw podejmowana jest decyzja na szczeblu politycznym i wskazanie, gdzie władza chce nowego miasta. Buduje się na pustkowiu cementownię i podciąga linie energetyczne. Zbroi się teren. Następnie buduje się bloki mieszkalne. Dużo bloków. Na przykład 80. Identycznych! W porządku zgodnym z feng shui. Każdy blok ma co najmniej kilkanaście pięter, kilka klatek schodowych, w każdej klatce kilkaset mieszkań. Potem asfaltuje się szerokie, sześciopasmowe ulice w szpalerze ozdobnych latarni. Między pasami asfaltu powstają barwnie ukwiecone planty miejskie, fontanny są bardzo popularne. Równocześnie na „przedmieściach” zbroi się tereny pod inwestycje przemysłowe, tworzy się specjalne strefy ekonomiczne i buduje fabryki. Czego bądź. I w ciągu 2 lat dwustutysięczne miasto gotowe. Takich miast buduje się dziesiątki!
Czy ludzie do nich przyjadą, czy dostaną tu pracę, czy wykupią mieszkania?…Zobaczymy za rok. Na razie nowe miasta wielkości Tarnowa straszą martwą pustką. Boom budowlany kredytowany przez państwowe banki nie wynika z ekonomicznego rachunku. Jest decyzją polityczną. Czy nie skończy się to gwałtownym załamaniem rynku nieruchomości – diabli wiedzą. Niektóre z widmowych miast stoją puste, obszczekiwane przez bezdomne psy. Po uzbrojonych terenach pod budowę fabryk hula wiatr. Szerokie ulice nie widziały żadnego samochodu, a na ulicznych latarniach pysznią się czerwone banery sławiące Chińską Partię Komunistyczną. Poniżej widnieje napis „Miejsce na twoją reklamę”.

Żeby obraz takich inwestycji był pełen, dodam, że dba się też o rekreację przyszłych mieszczuchów. Tworzy się w pobliżu coś, co nazywają parkiem narodowym lub parkiem rozrywki. To zwykle po prostu olbrzymi zbiornik retencyjny gromadzący wodę, która wiosną płynie z gór. Obsadza się sadzawkę topolami, wytycza alejki, leje asfalt, lokuje place zabaw dla dzieci i… gotowe. W kilku takich miejscach rozległego kraju, zwabiony wielkimi reklamami i ozdobnymi drogowskazami, byłem jedynym gościem, a moje samotne auto jedynym na wielkim betonowym parkingu dla setek pojazdów. Pracownicy takich „parków”, widząc mnie, wpadali w popłoch. Lecz nie zdziwię się, jeżeli za rok będzie nad takim zalewem czy w takim parku tłoczyć się kilka tysięcy osób.

 

H – jak herbata

Wielbiciele naparu z herbacianych liści w Chinach będą szczęśliwi. Wprawdzie ze sprzedawcami herbaty ani z kelnerami pogadać się nie da, ale wybór jest nieskończony, a jakość niezrównana. Oczywiście poza podstawowym rozróżnieniem gatunkowym (czarna/zielona, fermentowana/suszona) czeka nas wiele niespodzianek. W różnych regionach Chin pija się herbatę w kompletnie różnych wersjach. Gorzką, słodzoną, soloną, z mlekiem, z masłem… Bywa, że jej smak jest trudny do zaakceptowania…
Hegemonia herbaciana Chin została już jakiś czas temu przełamana i obecnie Państwo Środka kontroluje ok. 40 procent światowej produkcji. Ale jeszcze 150 lat temu byli Chińczycy monopolistą herbacianym. Do Europy herbata dotarła dopiero 4 wieki temu, ale herbata była najpopularniejszym napojem w Chinach od co najmniej 3 tysięcy lat. Była też jednym z filarów gospodarki oraz wymiany handlowej, a nawet przelicznikową miarą wartości innych towarów.
Na szczęście picie herbaty w Chinach nie jest traktowane tak ceremonialnie, jak w Japonii. Parzą ją zwykle na tyle oszczędnie, że można jej wypić kilka litrów dziennie bez złego wpływu na perystaltykę, ciśnienie, formę seksualną, poglądy polityczne i poczucie humoru.

 

I – jak internet i inne sztuczki

Ogólnoświatowe przemiany przełomu wieków, a nawet tysiącleci, zwane globalizacją, wynikają przede wszystkim ze swobodnego dostępu do informacji. Do naszych czasów monopol informacyjny był podstawą większości systemów politycznych i większości imperiów. Przełamanie blokady informacyjnej było zwykle początkiem rewolucji. Czasami krwawej. W dobie internetu większość z nas o tym już nie pamięta. We współczesnych Chinach nie jest to (zresztą jak wszystko) takie proste. Internet niby jest. Ale jakiś dziwny… Decydenci Państwa Środka niechętnie rezygnują z monopoli. Internet więc jest poddany starannej inwigilacji i pewnym ograniczeniom. Niektóre popularne na świecie domeny i aplikacje są blokowane lub zastępowane chińskimi odpowiednikami. Czasami wygląda to dość kuriozalnie – grzebiesz sobie w jakimś YouTube czy innym Facebooku, a tu nagle wszystko wylatuje w powietrze! Użyjesz niewłaściwego słowa (również po polsku) i tracisz łącza! Jeżeli spytasz o dostęp do bezprzewodowego internetu w sklepie, biurze, restauracji, bywa, że wywołasz popłoch. Wszyscy się uśmiechają, ale wyjaśnień nie ma żadnych. Mimo to absolutnie wszyscy siedzą lub chodzą z nosem w swych tabletach i smartfonach. Surfują, czytają, oglądają, wchodzą w interakcje i… coraz więcej wiedzą. Uczą się też języków obcych, przede wszystkim poznają angielski lub (częściej) korzystają z elektronicznych tłumaczy. Chociaż niechętnie, bo mają świadomość, że Wielki Brat patrzy. Obywatel Chin nie wie, ile mu wolno. Decydenci chińscy nie wiedzą, na ile z powodu dostępu obywateli do informacji obywatel stanie się niezależny. My tego nie wiemy też… I też nieśmiało się uśmiechamy…

J – jak jedzenie

Opisanie specyfiki chińskiej kuchni w jednym akapicie może być tylko żartem. W dodatku dyletanckim i okrutnym. Chińska kuchnia jest niewątpliwie najcudowniejszym obszarem tamtej kultury. Większość z nas zna chińszczyznę w wersji zubożonej przez chińskich emigrantów w USA. W dodatku Polska poznała chińszczyznę uproszczoną przez wietnamskich kucharzy. Zacznijmy więc od tego, że prawdziwa chińska kuchnia ma niewiele wspólnego z tym, co pod tą nazwą znamy. Dopiero peregrynacje po Chinach właściwych otwierają nam oczy. Większość Chińczyków gotuje w domu. Ale co najmniej jeden posiłek dziennie jadają „na mieście”. Generuje to nieprawdopodobną ilość miejsc pracy. Karmienie innych jest w Chinach świetnie mającym się biznesem. I nie ma znaczenia, czy kierujemy wielką restauracją, czy pichcimy coś na ulicznym prymusiku. Azjatyckie produkty rolne mają nieskończoną mnogość i co za tym idzie nieskończoną paletę kolorów, aromatów i smaków. Często w chińskich knajpach wchodziłem do kuchni. Na ogół spotykało się to z sympatyczną akceptacją. Zawsze byłem zadziwiony, iż z niewielkiej ilości składników (część dla mnie nieznanych) można stworzyć dziesiątki różnych dań. Chińczycy są mistrzami w tworzeniu czegoś z niczego. Wielokrotnie w kuchni widziałem tylko trochę zieleniny i jakieś kurze łapki. Ale na talerzu odnajdywałem 10 minut później absolutne cuda. Zapewne wynika to z trudnej chińskiej historii, którą determinowała bieda. Głodujący muszą być pomysłowi. Nie da się też zrozumieć kulinariów chińskich bez podziału na regiony – tak jak nie da się w kilku zdaniach przedstawić kuchni europejskiej. Podróż kulinarna przez Chiny to przygoda wspaniała. Nikt na świecie nie potrafi lepiej od Chińczyków upiec kaczki, ugotować ryżu, zaparzyć herbaty. Często też im podlejsza knajpa, tym lepsze jedzenie. Nie należy się też obawiać nieprzetłumaczalności… Skoro w Chinach mówi się wieloma językami, menu jest nawet na prowincji oparte na fotografiach dań. Wystarczy pokazać palcem… W dodatku Chińczycy są kulinarnie gościnni. Ale ich stołowy savoir-vivre bywa kłopotliwy. Po pierwsze, najlepsze dania podaje się na końcu, gdy jesteśmy już pełni. Po drugie, jeżeli z talerzy znika wszystko, znaczy to, że jedzenia było za mało i należy się tego wstydzić. Po satysfakcjonującym obiedzie półmiski powinny być nadal napełnione co najmniej w połowie. Po trzecie, mlaskanie, bekanie i dłubanie w nosie jest akceptowalne. Po czwarte, bądźmy przygotowani na to, iż gospodarz, chcąc nas uhonorować i uszczęśliwić, wyjmie czasem coś z własnego talerza lub po prostu z ust i się z nami podzieli. Po piąte, stół po posiłku ma wyglądać jak pobojowisko. Po szóste, uprzedzam, że w Chinach uroczyste posiłki (czyli prawie każde) uzupełniane są sporymi dawkami alkoholu, a potem lubią sobie pośpiewać… Mimo to oddam wszystko, co posiadam, za prawdziwą kaczkę po pekińsku.

K – jak kung-fu

Klasztor Shaolin i tajemnicze umiejętności tutejszych mnichów stały się już dawno temu nie tylko historycznym rytuałem, ale i powszechnym fragmentem popkultury. No bo któż nie słyszał o kung-fu? Bruce Lee ma tylu wielbicieli, co wrogów. Spopularyzował, ale i strywializował wielowiekowy dorobek kształtowania człowieka doskonałego fizycznie i duchowo. Wschodnie sztuki walki i samodoskonalący trening imponują młodzieży, której do Chin i do buddyzmu bardzo, bardzo daleko. I dla wszystkich klasztor Shaolin na przedmieściach Dengfeng jest mekką, do której się pielgrzymuje. A o nauce w klasztorze marzy się, jak o największym zaszczycie. Sam teren klasztoru Shaolin, choć rozległy, jest niestety zadeptywany przez przypadkowych (z rzadka zagranicznych) gości.
Tylko nieliczni to rodziny uczniów. Przeważają wczasowicze, przypadkowi zwiedzacze. Najwyżej co dziesiąty w świątyniach kompleksu zachowuje modlitewne skupienie. Najwyżej co piąty zapali kadzidełko dziękczynne lub intencyjne. Słowo shaolin znaczy „młody las”. Starych drzew tu niewiele, ale paradoksalnie nie z woli mnichów. Rewolucja kulturalna doprowadziła klasztor do ruiny i nawet drzewa wytrzebiono. Dopiero od końca lat siedemdziesiątych odzyskuje swój prestiż i odbudowuje zniszczenia. Komercjalizacja i makdonaldyzacja okolicy uniemożliwia rewaloryzację nastroju. Zapewnia jednak środki na rozwój licznych szkół. I pozwala zarabiać pieniądze na cele podstawowe klasztoru. Donacje prywatne też są mile widziane i wewnątrz klasztoru mocno eksponowane. Szczególnie latem, w trakcie szkolnych wakacji, na różnego rodzaju kursach ćwiczą tu tysiące młodych. Taki obóz harcerski w archaicznym stylu. Dużo śmiechu, ukradkowych szeptów i grzebania w iPhone’ach. Budynki i dziedzińce dla bardziej zaawansowanych adeptów skryte są przed turystyczną gawiedzią. W godzinach przeznaczonych na prace bardziej doczesne jedni i drudzy, uczniowie i mnisi, próbują porządkować ruch turystyczny, siedzą za stoiskami z ofertą medycyny tradycyjnej i klasycznego badziewia pamiątkarskiego. Profesjonalne pokazy biletowane są osobno.
Oglądałem za to plenerowe treningi kung-fu w szkołach poza terenem klasztoru. Wygląda to trochę groźnie, gdy uczniowie nie mieszczą się na dziedzińcach i ćwiczą nawet na chodnikach wokół szkół. Doskonali się tu też sporo dziewcząt. Trening gimnastyczny jest imponujący. I sprawnością indywidualną, i synchronicznością w grupie. Trening technik walki, z przyrządami i bez, wygląda mniej sympatycznie. A wznoszone przy okazji okrzyki (też synchronizowane) słychać w całej dolinie wokół Dengfeng. Jak w wielkich… koszarach. Nie wiem, czy taką wizję klasztoru miał 1500 lat temu jego założyciel Bodhidharma. Pewnie też większość upamiętnionych imiennymi pagodami w Lesie Stup zasłużonych dla Shaolin mnichów nie uwierzyłaby własnym oczom, gdyby zobaczyli choćby kamienne pomniki przypominające bardziej Shreka z amerykańskich kreskówek niż dawnych wojowników dobrej sprawy.

L – jak Lhasa

Lhasa. Stolica Tybetu. Centrum Dachu Świata. Miasto Dalajlamów. Miasto marzeń wszystkich włóczęgów. Tak daleko. Tak wysoko. Można do Lhasy dolecieć samolotem, można dojechać najwyższą nad poziomem morza koleją. Ale żeby poczuć dystans, jaki dzieli nas od tybetańskiej stolicy, warto wybrać się tam własnym pojazdem. Ja pojechałem wzdłuż Xinjiang-Tibet Highway. 2500 kilometrów bezdroży (choć asfalt niszczony ekstremalnym klimatem i trzęsieniami ziemi uzupełnia się co roku) i górskich serpentyn sięgających ponad 5 tysięcy metrów. Przez Ladakh, obok Świętej Góry Kailash, bezludziem obok północnej krawędzi Himalajów. Wtedy sama Lhasa jawi się niczym centrum tamtejszego świata. Do Lhasy i jej świątyń pielgrzymują mnisi i mniszki buddyjskie z całego Tybetu. To oczywiste. Pielgrzymują też mnisi z innych prowincji Chin. Nie ubierają się już tradycyjnie, chodzą w adidasach i nie są ortodoksyjni, korzystają z telefonów komórkowych, iPhone’ów, kart bankomatowych, śpią w pięciogwiazdkowych hotelach. Pielgrzymują tu przede wszystkim wierni. Najbiedniejsi wędrują pieszo. Często całymi rodzinami. W niektórych obrzędach uczestniczą buddyści z zagranicy, z Europy, z Ameryki. Nieliczni, ale są. Dla nich Lhasa też jest centrum świata. Jego początkiem i końcem. Więc pod ścianami Jokhang w dzielnicy Barkhor biją pokłony, szukają natchnienia i inspiracji. Przed głównym wejściem „padają na twarz” głównie Tybetańczycy. Wokół wszystkich świątyń i miejsc kultu krok po kroku ciągną korowody wiernych, by odpowiednią ilość razy miejsce obejść w modlitewnym zapamiętaniu, by zakręcić wszystkimi młynami modlitewnymi po drodze, by „pracował” cały czas młynek osobisty, by złożyć ofiarę w świątyni, by podzielić się jałmużną z biedniejszymi pielgrzymami wśród palonego w kadzielnicach jałowca.
Policja na szczęście jest dyskretna, mundurowych prawie nie widać. Tajniacy zręcznie zmieszani z tłumem. A ewentualna dwuznaczność centralnej strefy polega na tym, że każdy odwiedzający okolicę Potali lub Jokhang, musi przejść przez kontrolę podobną lotniskowej. Obcokrajowców traktuje się wyrozumiale, chińskich turystów pobieżnie, miejscowym zabiera się zapalniczki… Ale to – jak mawiał Kipling – już zupełnie inna historia. Centralna dzielnica świątynna była też dawniej centrum bazarowym. Tymczasem dzisiaj po bazarze zostały tylko wspomnienia, a cała dzielnica żyje z pamiątkarskiej obsługi turystów i w mniejszym zakresie pielgrzymów. Więc staramy się nie naprzykrzać tybetańskiemu przewodnikowi, bo może przez nas stracić licencję. Zatem grzecznie wspinamy się po schodach Pałacu Dalajlamy, unikając wymawiania jego imienia. Tak tu jest od 1950 roku. Od chińskiej inwazji i ucieczki Dalajlamy. Lhasa w każdym wywołuje zadumę nad nieoczywistością tego świata.
Ale jednocześnie nie będę udawał, że nie widzę cywilizacyjnego skoku, jaki dokonuje się wokół. Lhasa rozbudowuje się jak wszystkie metropolie w Państwie Środka. Jednak rozbudowuje się tybetańskim kosztem, a chińskim pożytkiem. Po prostu rośnie kolejny chiński olbrzym urbanistyczny. Już w tej chwili szacuje się, że tak w całym Tybecie, jak i w Lhasie Tybetańczycy są już tylko aborygeńską mniejszością. Chińczyków Han jest tu już pięciokrotnie więcej.

 

Ł – jak łyżka

No niby jakieś tam łyżki mają, ale krótsze niż nasze. Ważniejszy jest jednak zupełnie inny sprzęt – pałeczki. Kto próbował, ten wie. Kto się po pierwszych niepowodzeniach nie poddał, ten nabierze nawet pewnej wprawy. Manipulowanie parą krągłych, cienkich patyczków może nawet sprawić odrobinę satysfakcji. Przy czym warto pamiętać, że pałeczki w zasadzie nie służą do przenoszenia porcji jedzenia z talerza do ust. Pałeczki mają tylko „popychać”. Sztućcem podstawowym w Chinach jest miseczka. Niewielka. Za mała na herbatę, za duża na wódkę (a pijają z niej jedno i drugie oraz nalewają do niej zupę). Miseczka mieści się w lewej garści, i to ona jest sztućcem! Pałeczki mają za zadanie jedynie dopchnąć kęs w pożądanym kierunku. Pałeczki są też kopyścią do mieszania potrawy, nożem do jej dzielenia, łopatką do zgarniania z deski na patelnię. Pałeczkami się wyławia śmieci albo czyści uszy. Kobiety pałeczkami formują fryzurę. Pałeczki są wreszcie obiektem estetycznym. Bambusowe, jednorazowe spotyka się tylko w tanich jadłodajniach. Przeważają plastikowe. Natomiast przy świątecznej zastawie pałeczki to rękodzielnicze dzieła sztuki. Ich dobór świadczy o guście gospodarza i jego zamożności. W większości miejsc „zbiorowego żywienia” można też poprosić o europejskie sztućce, ale rezygnacja z nich jest zawsze przyjęta jako okazanie szacunku chińskiemu gospodarzowi.

M – jak Marco Polo

Dla wiernych wyznawców Wenecjanina Marco Polo  „Opisanie świata” jest biblią wagabundów. I jak z Biblią mamy z tym dziełem masę kłopotów. Nikt nie widział oryginału pisanego przez Rusticiana z Pizy, który był ghostwriterem Marco. W czasach przed upowszechnieniem druku skrybowie przepisywali „książki” dość dowolnie. Poprawiali, skracali, przekręcali, ubarwiali. A 200 lat później tłumacze, drukarze i wydawcy też dbali o kolejne edycje dość nonszalancko. Dzisiaj mamy do dyspozycji ponad 150 wersji! Więc współczesna lektura „Opisania świata” to rozwiązywanie bardzo nieprecyzyjnej krzyżówki. Sam Marco Polo, choć dzielnym chłopcem był, geografem był fatalnym, faktografem marnym. Czemu jego opisy są tak mało precyzyjne? W samych Chinach był ponad dwadzieścia lat – wyruszył z Europy w 1271 roku, wrócił w 1295. Zwolennicy teorii spiskowych próbują dowodzić, że Polo wcale do Chin nie dotarł, a jego opowieści były tylko sumą wiedzy, jaką zgromadził w trakcie pobytu w Persji, a może nawet tylko zasłyszanych na bazarach Konstantynopola. Sceptycy przytaczają kilka poważnych argumentów. Marco nie wspomniał nawet słowem, że w Chinach jadają pałeczkami. A trudno tego nie zauważyć. Wenecjanin też nie zająknął się o powszechnym używaniu nieznanego w Europie herbacianego naparu. Bardzo dziwne… Czy mógł nie zauważyć, że zbudowali Chińczycy gigantyczny mur na północy? Też wątpliwe… Nie odnotował też słowem wynalazku druku (choć wspomina o atramentowych pieczęciach) ani specyfiki chińszczyzny kaligraficznej. Łatwiej nam jednak oswajać się z treściami, które są argumentami na tak. Marco jako pierwszy w Europie opowiedział o perskim oleju skalnym. Nie przewidział wprawdzie, że będziemy tankować pochodne ropy naftowej do naszych baków, ale twierdził, że olej się pali i jest świetny na… parchy. Wiele miejsca poświęcił chińskiej porcelanie i produkcji jedwabiu. Zafascynowany był czarnym kamieniem, który się pali żywym ogniem jak drewno i ogrzewa domy i pałace na wschodzie. Śródziemnomorze nie znało jeszcze węgla kamiennego. Fenomenem ekonomicznym były dla niego papierowe pieniądze. W Wenecji z takiego wynalazku pewnie śmiano się do rozpuku. Banknoty opisane przez Marco miały być robione z miazgi morwowego drewna i w dotyku były „kosmate”. Wszystko się zgadza! Często kilka wieków później potwierdzało się wiele jego reportażowych i etnograficznych konstatacji o ludach, które jedzą surowe mięso, tatuują skórę, mają złote protezy zębów. Marco był też prawdopodobnie witalnym mężczyzną, herbatę zlekceważył, ale jego opisy dotyczące napojów alkoholowych i zwyczajów seksualnych Państwa Środka potwierdzili późniejsi badacze. Zgadza się też większość nazw geograficznych, które zanotował. Jako pierwszy doniósł na przykład o istnieniu Wysp Japońskich. Dokumenty potwierdzają też zgodność imion spotkanych postaci i ich dworskich tytułów. Równie wiarygodne są opisy miejscowych religii, rytuałów i obyczajów pogrzebowych. „Opisanie świata” przypomina bardziej bajki i mity niż reportaż. Ale może dlatego były i są tak fascynujące. W Azji często spotykałem włóczykijów, którzy książkę Marco Polo traktowali nie tylko jak talizman, ale jako indywidualny, mistyczny przewodnik. Ja też mam stary, zaczytany egzemplarz.

Trzecią część artykułu pt. „Chiński alfabet” opublikujemy w jednym z najbliższych wydań magazynu „ELIT News”.

Tekst i zdjęcia:
Przemysław Osuchowski